Łabędzkie gęsi

autorka: Mariola Smolka

Roku nie pamiętam i pamiętać nie chcę, ale nasze mieszkanko w Warszawie było niezwykle sympatyczne. Sama je zresztą urządzałam. Dwa pokoje, dzielimy na dwoje. Kremowa kanapa z poduszkami, bukowy stolik własnej roboty i nowoczesny telewizor w białej ramce. Włączyliśmy sobie film. Usiadłam i poczułam się lepiej niż w kinie, choć nie wiedziałam o czym ten film dokładnie będzie. Nie pamiętam jak się zaczynał, ale okazało się, że był to film, w którym przez cały czas leciały gęsi.. Leciały i leciały po tym ekranie. No! może z małymi przerwami na odpoczynek. Zobaczyłam je tak blisko i dokładnie pierwszy raz i wtedy nagle zakochałam się. Zakochałam się w nich i zapłakałam ze wzruszenia, bo byłam pod wrażeniem ich piękna, wysiłku i wytrwałości. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. A on wyszedł, bo… się znudził. To był mój pierwszy raz. Od tego czasu upłynęło wiele lat, a gęsi są dziś ptakami, z którymi czuję silną więź. Też jestem wytrwała i też było mi trudno w życiu przetrwać. I też czuję się piękna, a szczególnie, gdy stoję na otwartej przestrzeni i delikatny zimny wiatr wieje mi prosto w twarz. Nie mogę tylko latać tak jak one, choć bardzo bym chciała. Chodzę za to i uwielbiam wędrować godzinami. Patrzę i myślę czasami jaki piękny jest świat i jaki jest różnorodny.

Potem rozstałam się z tym mężczyzną i bez wyrzutów sumienia mogłam wracać wtedy, kiedy tylko chciałam w rodzinne strony. Przyfruwałam sobie znów częściej tam, gdzie się wychowałam, gdzie się uczyłam i studiowałam. Gdzie każdej wiosny, zimy i jesieni jeździłam pędem na rowerze, by potem bez tchu łapać głośny i tłukący się od sąsiedniej wioski, przez całe przedmieścia a potem przez całe miasto autobus, który zawoził mnie na uczelnię. Ciężko tam pracowałam, choć niektórzy w mojej rodzinie wciąż uważali, że praca umysłowa to nie praca. Wracałam po południu lub wieczorem zmęczona z bólem głowy po dużej ilości przetwarzanych informacji oraz przesycona szumem miasta, a właściwie tych ciężkich pojazdów przejeżdżających wtedy przez same jego centrum. Trwało to latami.

Gdy rozstałam się z tym mężczyzną i każde z nas poszło w swoją stronę, już nie musiałam z nim uzgadniać co wspólnie robimy i wtedy zaczęłam odkrywać, że mam więcej czasu. Więcej czasu dla siebie. Więcej czasu, aby robić to, co najbardziej lubię. Nie martwiłam się więc tym, jaka jest pogoda, ale zaczęłam częściej znów być na dworze, znów coraz więcej w przyrodzie. Wcześniej głównie o tym marzyłam i wciąż tęskniłam do takiego głębokiego kontaktu z naturą. Wtedy zaczęłam regularnie wychodzić i mogłam wędrować godzinami nawet w dużym mrozie. Zaczynałam czuć się znowu szczęśliwa. Mogłam patrzeć do woli i słuchać. Być po prostu. Wąchać i chłonąć otaczający mnie świat.

Potem spotkałam mężczyznę, który zaczął wędrować ze mną, też śmiejąc się z deszczu, ale nie o tym chciałam snuć tą opowieść..
Wyszłam więc pewnego dania, tak samo jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką a potem nastolatką, na te nasze okoliczne pola, tylko już nie do ciężkiej fizycznej pracy przy zbieraniu siana czy kartofli jak kiedyś, ale z moim ukochanym psem na spacer dla relaksu i wtedy zobaczyłam je nad głową, je siedzące na polu, je odzywające się tym głosem, który potrafię dziś rozpoznać z tak daleka. Tysiące gęsi!

Dziś potrafię rozróżnić określone gatunki w locie, potrafię rozróżnić je po głosie albo gdy siedzą na ziemi. Okazuje się, że mamy na naszych polach głównie gęsi gęgawy, gęsi zbożowe i białoczelne. Przelatują nad naszymi domami, nad polami, i kręcą się tuż przy granicy z miastem. Może nie prześledziłam i nie poznałam każdej ich powietrznej drogi, ale szybko się zorientowałam i już wiem, że noc spędzają na wodzie, że przylatują do nas na jesieni, że są tutaj każdej jednej zimy od ponad 15 lat, oraz że pakują walizki dopiero na wiosnę.

Wiem o której godzinie w środku zimy przelecą nad naszym domem i że jest to przed moją poranną kawą. Wiem o której będą zawracały i że jest to przed obiadem, który zawsze staramy się jeść w rodzinnym gronie. Wiem, gdzie będą spędzały swoje five o’clock i czasami piję popołudniową herbatę razem z nimi, bo zabieram ją ze sobą w termosie na pole na górkę skąd widać je najlepiej.

Moje gęsi, nasze gęsi, tysiące!

Dziś jako osoba dorosła, pracująca od wielu lat, odpowiedzialna za swoje życie i odpowiedzialna społecznie oświadczam, że NIE ZGADZAM SIE, aby postawić na Polach Łabędzkich kolejną i to tak dużą fabrykę, która miałaby zająć cały teren, na którym przez połowę roku stacjonuje kilka tysięcy dzikich gęsi, od ponad 15 lat.

Jako praktykujący miłośnik przyrody, podróżuję z podobnie czującymi ludźmi oraz niejednokrotnie z ekspertami od spraw przyrody, nie tylko po Polsce. Dzięki temu zauważyłam, że zjawisko bytowania gęsi na Polach Łabędzkich jest ewenementem na skalę co najmniej kraju i wzbudza nie tylko mój podziw i zachwyt. Takie stada można spotkać w Biebrzańskim Parku Narodowym, czy w Parku Narodowym „Ujście Warty”. U nas spowodowała to najpewniej bliskość jeziora Dzierżno Duże, które daje im schronienie w nocy. Pożywienie, które znajdują zimą na skoszonych polach kukurydzy oraz nico cieplejszy klimat jaki mamy na południu Polski.

Nie lecą dalej. Zostają u nas! To niezwykle cenne zjawisko!

Dotychczas sama od siebie nie opowiadałam o tym wszem i wobec, z obawy przed innymi nienaturalnymi zagrożeniami, jakie napotykają te ptaki w czasie swojej trudnej podniebnej wędrówki. Myśliwi uwielbiają do nich strzelać i robią to na potęgę nawet w parkach narodowych.
Ale dziś zastanawiam się, czy możemy ten dar potraktować jako nasze wspólne dobro i chronić je?

Zaobserwowałam, że z tego powodu przyjeżdżają do nas miłośnicy ornitologii z całej aglomeracji śląskiej. Przyjeżdżają tutaj też miłośnicy przyrody z całego kraju, również z centrum i z północy. Pojawił się nawet pomysł na zorganizowanie specjalnych ornitologicznych wycieczek, jakie organizuje się z powodzeniem od wielu lat w kraju i za granicą. Obserwuję, że turystyka przyrodnicza i ornitologiczna w naszym kraju szybko się rozwija, co może dawać nam wszystkim wymierne korzyści. Radość i przyjemność wielu ludziom, a poprzez odkrywanie i podkreślanie walorów przyrodniczych danego miejsca, może mieć realny wpływ na tworzenie i ochronę miejsc wyjątkowych.

Na tych samych polach oprócz licznych ssaków, w tym dzików i jeleni, ogromnych stad saren i licznych zajęcy, oprócz wielu chronionych gatunków ptaków, obserwuje się również stado kilkudziesięciu łabędzi, które są symbolem naszej okolicy i występują w nazwie naszych miejscowości, miejscowości z bogatą historią czyli Ligoty Łabędzkiej oraz dzielnicy Łabędy. Na tych samych polach od kilku lat pojawiają się nawet żurawie. I to wszystko ma zniknąć pod betonem?

Nie zapominajmy o doświadczeniu z ostatniego półtora roku, które wciąż trwa i tak szybko się nie skończy. W dobie pandemii szczególnie istotnego znaczenia nabrała turystyka lokalna, a ludzie bardziej niż zwykle poczuli, że potrzebują kontaktu z naturą.
Chrońmy Pola Łabędzkie, aby pozostały takimi jakie są. Pełnymi dzikich zwierząt. Jest tutaj tak blisko las, jest tak blisko jezioro. Tak blisko jest miasto ze swoimi mieszkańcami.

My ludzie i przyroda potrzebujemy siebie nawzajem!

Dlatego apeluję! Nie oddawajmy tego terenu pod kolejną fabrykę!