Ciszo trwaj…

autorka: Marta Machnowska

Niektórzy czekają na weekend, bo wracają wtedy z delegacji do domu. Mogą przytulić ukochane osoby, poprzebywać we własnym domu, porozmawiać o czymś innym niż sprawy zawodowe. Niektórzy w weekendy balują, piją, długo śpią lub tańczą. Ja czekam z utęsknieniem na weekend, bo wtedy nie muszę się spieszyć. Nie muszę popędzać rano dzieci i odprowadzać ich pod inne dachy. Nie muszę przesiadywać większości dnia w kostce z betonu i metalu, wśród komputerów, ekranów, klimatyzacji i buczących urządzeń. Nie muszę wsiadać do samochodu, zapalać starego, głośnego silnika, stawać co kilkaset metrów by przez parę minut w bezruchu patrzeć na niekończące się potoki innych samochodów.

W sobotę budzę się wcześnie, choć w tygodniu żaden budzik nie jest w stanie dokonać tego cudu. Wstaję niemal od razu, choć w tygodniu przeciągam moment wystawienia nogi z łóżka do ostatniej możliwej minuty. Ubieram się szybko. Nie czeszę. Nalewam wody do bidonu, robię szybko kanapkę, wsypuję garść orzechów do kieszeni lub chwytam banana i zostawiając za sobą śpiący dom, po cichu wychodzę na pustą i spokojną ulicę. Wsiadam na rower i uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Pędzę przed siebie, bo wiem, że im szybciej przejadę te kilometry pełne budynków, ulic, parkingów, tym prędzej znajdę się w innym świecie. Ten ” inny świat” bezpośrednio poprzedza część miasta, której nie lubię najbardziej. Rozległa, monotonna, wybetonowana, bucząca klimatyzatorami, pozbawiona drzew i życia. Nudna, niepokojąca, upalna, martwa… Ale chwilę potem jest inaczej. Mijam kilka nieurodziwych bloków i… już, wszystko zaczyna być inne. Czuję chłód cienia na skórze. Wilgoć bijącą od podłoża, dziś całego pokrytego błotem i kałużami. Nie omijam ich, na początku dość nieśmiało i powoli przejeżdżam w miejscach, które wydają mi się najpłytsze, jednak po kilkuset metrach zmieniam nastawienie. Z głośnym śmiechem, jak dziecko, wjeżdżam z pełnym impetem we wszystkie możliwe plamy wody i z satysfakcją stwierdzam, że zachlapuję sobie nawet nos. Wokół mnie cisza. Szumią drzewa, falują zboża, słychać brzęczenie owadów i ptaki. Gdzieś nad głową, głośno skrzecząc przelatuje klucz gęsi. Siadam na trawie, z boku drogi i wyciągam kanapkę. Niemal natychmiast siada na mnie kilka owadów, błoto na nogach zaczyna wysychać w słońcu i łaskocze. Cisza, spokój, uspakajający szum, kojące kolory natury. Co chwilę słychać odgłosy różnych ptaków, ale z żalem stwierdzam, że nie rozpoznaję ich. Na mojej ulicy żyją tylko gołębie, kiedyś były także wróble, ale niestety z czasem zniknęły. Zjadam śniadanie, wyciągam się na trawie i niemal zasypiam. Do moich uszu zaczyna docierać nowy dźwięk. To traktor! Jedzie szybko nie zwracając uwagi na dziury w drodze i kałuże, pewnie będzie ścinał to dojrzałe zboże, które mijałam niedaleko stąd. Za parę tygodni dojrzeją kukurydze, ale na razie w ścianie łodyg i wielkich liści czerwienią się małe, niedojrzałe kolby.

Wsiadam i jadę dalej, przez różnokolorowe pola i łąki. To tutaj, kilka miesięcy temu rosły chabry i maki, które fotografowałyśmy z koleżanką. To był zaskakujący dzień, bo wybrałyśmy się na małą przejażdżkę, ale tak dobrze się jechało i tak pięknie budziło się lato na polach, że cała wyprawa trwała ponad pięć godzin. Mijam krowę. Staję i gapię się na nią z radością. Zastanawiam się czy moje dzieci widziały z bliska krowę? Muszę im kiedyś pokazać. Mijam małe domki i zachwycam się jaki mają piękny widok na pola i łąki, podejrzewam, że każdego ranka niemal pod oknami spacerują tam sarny.

Oddycham powietrzem o zapachu zieleni i dojrzałych owoców w mijanych ogródkach. Jeszcze kilka chwil i znów mam przed oczami monotonny pejzaż przesuszonej trawy, z której gdzieniegdzie wystają rachityczne drzewka. Gdyby nie szyldy i napisy z nazwami firm nie rozróżniłabym białych niskich kostek zakładów przemysłowych, otoczonych rozległymi i pustymi parkingami. Wzdycham. Wracam myślami do tego błota, do traw, do drzew i łąk. Skupiam się na piekącej od pokrzyw łydce i staram się nie słyszeć buczenia z mijanych chłodni. Wolę słyszeć zgrzyt hamulców, które pokryte są mokrą jeszcze mazią z kałuż. Tak inne światy…

Wracam do domu z naładowanymi bateriami, z głębszym oddechem, zrelaksowana i rozbawiona uczuciem jakie towarzyszyło mi rozbryzgiwaniu błota. Tak niewiele trzeba by zwykły poranek zmienić w ucztę dla zmysłów i SPA dla duszy.

Jak dobrze, że są jeszcze takie miejsca. Jak dobrze, że gdzieś jeszcze można zanurzyć się w cieniu, dotknąć chabrów, usłyszeć ciszę. Choć bardzo lubię swoją pracę i nadejście poniedziałku wcale nie jest dla mnie powodem do żałoby, to jednocześnie napędza mnie i uspokaja świadomość, że każdy dzień spędzony za biurkiem przybliża mnie do weekendu. A weekend to szansa na tę ciszę. Ciszo trwaj…