Czego chcemy od przyszłości?

autor: Damian Mysakowicz

Pewnie się nie znamy. Nie jestem rodowitym Łabędzianinem a tym bardziej Gliwiczaninem. Pewnie mijamy się na ulicy, w sklepie. Nie zatrzymamy się, by powspominać czasy w których świat wyglądał inaczej, był pełen beztroski, biegł jakby wolniej. Nie możemy wspominać gry w podchody między blokami, setek godzin spędzonych na boisku i kilku szyb przy tym wybitych. Nie powspominamy porozbijanych kolan podczas rowerowych wyścigów. Nie powspominamy również czasów ze szkolnej ławki, pierwszych sympatii, ognisk do późnych godzin nocnych przy akompaniamencie gitary. Każdy z nas ma swoje własne „Łabędzkie Pola”. Pola z którymi wiąże swoją przeszłość, ślady swojego pochodzenia, świata miliona wspomnień. 

Ale łączy nas jedno: chęć dbania o przyszłość. O przestrzeń, z której nasze dzieci być może i wnuki będą mogły wyjść w dorosłe życie. Życie dojrzałe i świadome znaczenia swojej przeszłości. Nie osiągniemy tego zacierając żywe ślady naszej przeszłości.

Zadziwiające, jak łatwo naszym Samorządowym przedstawicielom przychodzi destrukcja tego wszystkiego co dla nas jest ważne. Jednym kliknięciem myszki są w stanie zaburzyć ład naszego życia. Skazać nas na stały stres i niezdrowe emocje. Zamalować na różowo miejsca istotne dla naszego istnienia. Wszystko w imię bilansowania budżetu. Światem rządzą dziś bezduszni ekonomiści. Kolejne zera na koncie, chęć posiadania, chęć władania. Tymczasem gdy zapomina się o pozytywnych relacjach międzyludzkich częściej dochodzi do procesu skłócenia, rozbijania lepiej działających grup sąsiedzkich, społecznych. Lepiej steruje się przecież społeczeństwem rozbitym, otumanionym kolejnymi serialami paradokumentalnymi czy wszechobecnym hejtem. Dużo łatwiej osiąga się wówczas osobiste zyski, jest się lepszym włodarzem, prezesem, dyrektorem, kierownikiem… Bo przecież ”moja organizacja wypracowała najlepsze zyski!!!” Nieważne, że osiągnięte po trupach, bez oglądania się na boki. Słupki sondażowe rosną. Najważniejszy jest CEL a nie koszt jego osiągnięcia.

My, mieszkańcy chcemy być słyszani, chcemy być traktowani jako partner a nie przedmiot  w całym tym „interesie”. Bo miasto to mieszkańcy, bez nas instytucje samorządowe nie mają racji bytu. Chcemy mieć realny wpływ na kształtowanie miejskiej rzeczywistości. Przecież to my, mieszkańcy dzielnic wiemy, z jakimi problemami na co dzień się stykamy. To my wiemy, czego w naszej przestrzeni nam brakuje, a czego mamy pod dostatkiem. Chcemy, aby Samorząd rozwiązywał nasze realne problemy, a nie realizował swoje wizjonerskie przebłyski. Nie chcemy być traktowani jak intruz, który zakłóca pracę Urzędu swoimi problemami. Dziś czujemy się pomijani w skutecznym procesie informowania mieszkańców w działaniach Urzędu. Chcemy rozwiązań poza schematem, tak by informacje docierały również do tych cybernetycznie wykluczonych. Chcemy żyć w mieście nowoczesnym, w którym stawia się na rozwój nowych technologii. W mieście, w którym zatrzymuje się absolwentów Politechniki Śląskiej, ważnego ośrodka akademickiego nie tylko dla Śląska. W mieście, w którym znajdziemy przestrzeń nie tylko do pracy ale i przede wszystkim do wypoczynku. Chcemy żyć w mieście atrakcyjnym turystycznie.  Chcemy żyć w mieście możliwości rozwijania swoich pasji. Chcemy żyć  w mieście, w którym prywatne interesy nie są stawiane ponad dobro mieszkańców. Chcemy żyć w mieście, w którym Samorządowcy patrzą szeroko a nie tylko na czubek własnego nosa. Wreszcie chcemy żyć w mieście zielonym, przyjemnym i przyjaznym.